Pożeracz kartofli

Najwidoczniej o. Pio nie cieszył się „dobrą” opinią w piekle. Diabły, jakoś tak się dziwnie składa, nie tracą energii na kuszenie grzeszników. Być może nie chcą pomagać tym, którzy się „dobrze” sprawują i wiedzą jak do nich trafić. Święci, jak chociażby Antoni Pustelnik, Marcin De Porres, Jan Vianney znali się z diabłem aż nadto dobrze. Proboszcz z Ars mawiał nawet, że tylko ukochani przez Boga mają ten wątpliwy, przywilej. On wiedział, co mówi. Pewnej nocy, gdy udał się na spoczynek, poczuł na ciele lodowaty dotyk. Po chwili usłyszał: „Vianney! Vianney!… Ty pożeraczu kartofli! Ach tak, ty wciąż jeszcze żyjesz!… Ja cię jeszcze dopadnę!”. Od tej pory każdej nocy był atakowany przez diabelskie zastępy. Tuż po zapadnięciu zmroku zakradały się do jego pokoju. Proboszcz słyszał jak próbują sforsować drzwi i dostać się przez okna. Gdy im się to udawało, zaczynały swe harce. Przesuwały szafy, krzesła, cały dom trząsł się w posadach. Parafianie czuwali uzbrojeni w pokoju obok, ale to wsparcie nie robiło na demonach żadnego wrażenia.

Diabelskie ataki były tak dotkliwe, że chwilami Vianney im nieomal ulegał. Był przekonany, że bliskość diabła jest znakiem, że Bóg go opuścił, że on sam minął się z powołaniem. Ta myśl była tak nieznośna, że nawet próbował uciekać z parafii. Wybiegał na drogę i szedł przed siebie. Raz uciekł do brata, który mieszkał w innej miejscowości, innym razem chciał się zaszyć w klasztorze kapucynów w Lyonie. Zawsze jednak, upraszany przez swych parafian, wracał.

Opowieści o świętych i diabłach mogą nam się wydawać nieprawdopodobne, może czasami nawet śmieszne, ale tak naprawdę zawarty w nich jest pewien ważny przekaz. Klaus Berger w książce „Po co jest diabeł?” mówi wprost, że ten, kto się otwiera na Boga, spotyka także diabła. Życie duchowe nie jest oazą spokoju, duchową drzemką czy też formą relaksu, ale terenem walki, walki na śmierć i życie. Zawierzenie Bogu nie odsuwa zła na bezpieczny dystans, bywa wręcz odwrotnie: ludzie, którzy wstępują na ścieżkę wiary, muszą się zmierzyć z diabłem, z samym sobą, czy z demonami przeszłości.

„Towarzysz” Anioł Stróż

Ojciec Pio nigdy nie pozostawał zupełnie sam w konfrontacji ze Złym. Często z pomocą przychodził mu Jezus, przeganiał diabelską sforę i troskliwie układał poturbowanego zakonnika w łóżku. Jednak najwierniejszym przyjacielem, nie tylko w tych trudnych chwilach, ale w całym życiu Świętego, był Anioł Stróż. Ojciec Eusebio, który opiekował się Stygmatykiem w latach 1961 – 1965 tak pisał: „[Anioł Stróż] rozpoczął swoją pracę wcześnie, kiedy Ojciec Pio był jeszcze chłopcem. Przyjął wygląd innego dziecka i stał się dla niego widzialny. Później (…) o. Pio nazwie swojego Anioła Stróża «towarzyszem mego dzieciństwa». To określenie ujawnia zażyłą przyjaźń między braciszkiem a jego ukochanym Aniołem. Towarzysz nie jest osobą, którą widzisz sporadycznie, lecz osobą, którą widzisz często i z którą jesteś w przyjaźni”. Nie zawsze było tak słodko jak pisał o. Eusebio, zdarzały się między nimi także niesnaski. Anioł Stróż niekiedy był krnąbrny i nieposłuszny. Oto jeden z zapisów wizji o. Pio: „Aniele Boga, mój Aniele… Czy troszczysz się o mnie?…. Czy jesteś stworzeniem Boga?… Albo jesteś stworzeniem Boga, albo Stwórcą? Jesteś stwórcą? Nie. Dlatego jesteś Bożym stworzeniem i masz prawa, które musisz przestrzegać… Musisz przebywać obok mnie, czy chcesz, czy nie… On się śmieje… Z czego tu się śmiać?”.

Anioł Stróż miał jeszcze jedną cechę, która być może jest czymś normalnym wśród istot, które doświadczyły wieczności, ale na ziemi rzadko bywa tolerowana. Niestety był na bakier z punktualnością. Jedną z takich sytuacji opisał o. Pio w liście do o. Agostino: „W sobotę myślałem, że naprawdę chcą mnie zabić. Nie wiedziałem, którego świętego błagać o pomoc. Zwróciłem się do mojego Anioła, lecz on celowo się spóźniał. W końcu przyleciał do mnie śpiewając Bogu hymny swoim anielskim głosem. Wtedy zdarzyło się to, co zwykle: ostro zganiłem go za jego zwłokę, kiedy tak żarliwie wołałem go o pomoc. Aby go ukarać umyślnie, nie stanąłem z nim twarzą w twarz, chcąc utrzymać go na dystans. Biedak w końcu zwrócił moją uwagę swym płaczem i kiedy stanąłem blisko przed nim zrozumiałem, że chciał mnie przeprosić”.

Anioł Stróż nie był może doskonały, ale trzeba przyznać, że wspierał Ojca Pio w najtrudniejszych chwilach, pomagał mu w walce z pokusami, bronił przed demonami. Niekiedy musiał uciekać się do bardzo przemyślnych forteli, aby oszukać wysłanników piekła.

Kiedy o. Pio przebywał w Pietrelcinie, utrzymywał jedynie korespondencyjny kontakt ze swoim kierownikiem duchowym. Te listy były często dla o. Pio jedynym źródłem wsparcia w duchowych rozterkach. Diabeł za wszelką cenę próbował przerwać ową „szkodliwą” działalność o. Agostino: „Ostatnio, kiedy otrzymałem Twój list – zwierzał się o. Pio – ci kozacy powiedzieli mi zanim go otworzyłem, abym go podarł i rzucił do ognia. Gdybym to zrobił, oni rzekomo odsunęliby się na dobre i nigdy nie męczyliby mnie więcej. Pozostałem niemy, nie dałem im jakiejkolwiek odpowiedzi, chociaż gardziłem nimi w mym sercu. Wówczas oni dodali: »chcemy tego po prostu jako warunku naszego odwrotu. Czyniąc to nie okażesz nikomu pogardy«. Odpowiedziałem im, że nic nie byłoby w stanie mnie skłonić do zmiany mego zamiaru. Wówczas rzucili się na mnie jak zgraja wygłodniałych wilków”, pisze w swoich listach. Diabły pilnie śledziły, co też o. Pio o nich wypisuje. Próbowały go nakłonić, aby o nich nie wspominał, sugerowały, żeby opisywał tylko te „najprzyjemniejsze wizyty”, czyli odwiedziny Jezusa i Maryi. Sami woleli pozostawać w cieniu, aby w ten sposób uśpić czujność kierownika duchowego. Kiedy to nie pomagało, niszczyły korespondencję – w kopertach były czyste kartki lub całkowicie poplamione. Ku zdziwieniu proboszcza z Pietrelciny, który był świadkiem owych wypadków, o. Pio zawsze znajdował sposób, żeby je odczytać. Kładł na nich krzyż lub kropił wodą święconą, a wtedy ich oczom ukazywało się zamazane pismo. Co więcej zdarzało się, że zakonnik wiedział, o czym pisał o. Agostino, pomimo że kartki były czyste. Nie był to dar jasnowidzenia, to Anioł Stróż dyktował swemu podopiecznemu niewidoczną treść listu.

Innym razem o. Agostino postanowił poddać próbie zarówno o. Pio, jak i samego diabła. Wysłał list po francusku. Diabeł – zgodnie z przypuszczeniem o. Agostino – ponoć nie znosi tego języka, więc trzymał się z dala od korespondencji. Marna to była pociecha, ponieważ o. Pio znał tylko swój ojczysty język. Po kilku dniach o. Agostino otrzymał jednak odpowiedź z Pietrelciny, napisaną po francusku ręką o. Pio. Jak się później okazało, Anioł Stróż był nie tylko obrońcą Stygmatyka, ale także jego osobistym tłumaczem.

Nowa strategia

W 1916 r. stan zdrowia o. Pio poprawił się na tyle, że mógł on znowu włączyć się w zakonne życie. Najpierw został wysłany do klasztoru w Fogii. Niestety nie przebywał tam zbyt długo, ponieważ w ślad za nim udał się „nicpoń”. Młodzi zakonnicy byli zatrwożeni odgłosami dochodzącymi z celi, gdzie zamieszkał o. Pio. Huki, piski, wrzaski nie pozwalały nikomu zasnąć. W końcu postanowiono pozbyć się problemu, wysyłając o. Pio do innego klasztoru. Wybór padł na San Giovanni Rotondo, gdzie, jak mówiono, łagodny klimat będzie bardziej odpowiedni dla schorowanego zakonnika.

Dwa lata później miało miejsce ważne wydarzenie. Ojciec Agostino opisał je w swoim dzienniku: „ W 1918 r. szatan został definitywnie pokonany. Sługa Boży nie odczuwa więcej nawet najmniejszej pokusy. Teraz złość szatana wyładowuje się w zniszczeniu dzieła, które sługa Boży wykonuje”. Bezpośrednie ataki demonów stają się rzadsze, wzmaga się natomiast zamęt wokół osoby o. Pio. Pojawiają się opinie podważające świętość zakonnika z Pietrelciny, niektórzy twierdzą, że ma słabość do płci pięknej. Nawet jego bracia mieli widzieć, jak wpuszczał nocą do klasztoru jakieś kobiety. Podobne oskarżenia pojawiły się także kilkanaście lat później. Nie był już wtedy pierwszej młodości, ledwo chodził, lekarze dziwili się, że jeszcze żyje, ale to nie przeszkadzało w tym, żeby uznać go za rozpustnika. Inni widzieli w nim oszusta, który kwasem wypala sobie rany, licząc na sławę i rzecz oczywista pieniądze. Nawet ci, którzy w dobrej wierze starali się bronić zakonnika, przysparzali mu tyle samo problemów, co jego wrogowie. Złość i nienawiść diabła były tym większe, im bardziej oczywiste stawało się, kim dla ludzi był o. Pio. Diabłu nie chodziło jedynie o poniżenie Świętego, ale o odebranie tego, co dawał innym, o zniszczenie nadziei.

Kiedy okazało się, że ta nowa strategia była bezskuteczna, diabeł chwycił za najcięższą broń w swym arsenale. To doświadczenie święci nazywają pokusą rozpaczy. Diabeł przestał go nękać, ale był to raczej powód do niepokoju niż radości. Jak pisał wcześniej o. Pio: „Jeśli diabeł czyni zgiełk, to znak, że jest nadal poza nami, a nie w nas. To, co musi nas przerażać, to jego pokój i zgoda z duszą ludzką”. Tymczasem nie tylko diabeł „przestał się dobijać”, zamilkło także niebo. Ojciec Pio zaczął miewać skrupuły i wątpliwości. „Biedny Ojciec w żadnym czynie nie może mieć nie tylko pewności moralnej, ale nawet racjonalnego przypuszczenia, że działanie to podoba się Bogu” – zanotował w swym dzienniku o. Agostino. Ojciec Pio pisał: „żyję w wiecznej ciemności; ciemności są najgęściejsze. […] są pewne chwile, kiedy jestem atakowany przez gwałtowne pokusy przeciw wierze. Jestem pewny, że moja wola nie podda się im, ale moja wyobraźnia ożywia się i ukazuje w tak jasnych kolorach pokusę, która błąka się w umyśle, że ta przedstawia grzech nie tylko jako coś obojętnego, ale nawet zachwycającego. Z tego rodzą się jeszcze te wszystkie myśli zniechęcenia, nieufności, rozpaczy, a nawet – na litość Boską- nie przeraź się, Ojcze – myśli bluźniercze. Wobec tak wielkiej walki ogarnia mnie paniczny lęk, drżę ciągle, zadaję gwałt samemu sobie i jestem pewny, że tylko dzięki łasce Pana Boga nie padam”. Był to rok 1928. Siedem lat później Ojciec w swym dzienniku odnotował: „Ta próba najprawdopodobniej będzie trwała aż do samej śmierci…”. W tych trudnych chwilach nie pomogła mu siła jego wiary, jego wola trwania przy Bogu. Jeżeli nie pogrążył się w rozpaczy to tylko dzięki posłuszeństwu. O. Agostino nie rozwiewał jego wątpliwości, nie próbował wyjaśniać mu, że jego skrupuły są bezpodstawne. Wiedział, że tak mu nie pomoże. Nakazał mu wierność Bogu, pod rygorem posłuszeństwa.

źródło: http://wobroniewiaryitradycji.wordpress.com/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here