O chrześcijańskim rozumieniu Boga

Znamiennie odpowiedział na to pytanie święty Grzegorz z Nazjanzu, wielki doktor Kościoła żyjący w drugiej połowie IV wieku. Mianowicie dlatego ludzie Starego Testamentu nie wiedzieli jeszcze o Trzech Osobach Boskich, bo takie są obyczaje Boga prawdziwego, że najpierw udziela daru, a dopiero potem pozwala nam go rozumieć. Najpierw obdarzył nas swoim Synem i dopiero potem mogliśmy zacząć rozumieć, jak niepojętym Darem zostaliśmy obdarzeni. Najpierw zesłał na swój Kościół Ducha Świętego i dopiero potem zaczęła dochodzić do świadomości chrześcijan ta niepojęta prawda, że Duch Święty jest osobową Miłością Ojca i Syna – że otrzymując Ducha Świętego, jesteśmy miłowani tą samą, nieskończoną i boską Miłością, jaką Przedwieczny Ojciec miłuje swego Jednorodzonego Syna.

Jeżeli jest Stwórcą, to również Opatrznością

Chrześcijaństwo – a jak się wydaje, również judaizm oraz islam – wyznaje, że Bóg jest Stwórcą wszystkiego, co istnieje. Ta prawda zakłada, po pierwsze, że w Bogu nie ma i nie może być żadnego stawania się – nawet zrodzenie Jednorodzonego Syna oraz tchnienie Ducha Świętego nie jest wynikiem wewnątrzboskiego stawania się, albowiem pochodzenia Osób Boskich są wieczne. Po wtóre, Stwórca jest absolutnie transcendentny wobec wszystkiego, co jest poza Nim: w żaden sposób nie jest On od swoich stworzeń zależny, absolutnie ich nie potrzebuje i stworzenia w żaden sposób nie mogą Go ograniczyć.

Owszem, mówimy nieraz, że Bóg nas potrzebuje, ale potrzebuje nas tylko w tym sensie, że z miłości do nas postanowił nas potrzebować. Podobnie mówimy nieraz, że Bóg różnych rzeczy nie może – jednak tylko w tym sensie Bóg czegoś nie może, jak to przekonująco wyjaśnił św. Augustyn: „Wszechmogący tego tylko nie może, czego nie chce. Przecież nie może sprawiedliwość chcieć czynić niesprawiedliwości, nie może mądrość chcieć głupoty, a prawda – fałszu. Toteż Bóg wszechmogący nie tylko tego nie może, o czym mówi Apostoł: Nie może się zaprzeć samego siebie (2 Tm 2,13), ale wielu innych rzeczy nie może. Bóg wszechmogący nie może umrzeć, nie może się zmienić, nie może kłamać, nie może popaść w nieszczęście, nie może zostać zwyciężonym. Niemożliwe, aby takie i tym podobne rzeczy mógł Wszechmogący. Nie tylko można wykazać, że Wszechmogącym jest Ten, który takich rzeczy nie może, ale musimy uznać, że nie jest wszechmogącym, kto takie rzeczy może. Bóg bowiem chce wszystkiego, czym jest, zatem chce być wieczny, niezmienny, prawdomówny, szczęśliwy, niezwyciężony”[4].

Skoro chrześcijaństwo wyznaje, że Bóg jest Stwórcą wszystkiego, konsekwentnie rozpoznaje w Nim Opatrzność, rozciągającą swoją opiekę nad wszystkim, co stworzył. Otóż dla starożytnych filozofów chrześcijańska wiara w Opatrzność była skandalem. Nie mogło im pomieścić się w głowie, że chrześcijanie mogą na serio wierzyć, iż Opatrzność ogarnia nie tylko cały wszechświat, ale wszystkie poszczególne byty. „Ci chrześcijanie co za dziwolągi wymyślają! – oburzał się wychowawca cesarza Marka Aureliusza, Fronton z Cyrty (+ ok. 166), filozof rozważny, który oburzał się rzadko – Tego swojego Boga  przedstawiają jako natręta niespokojnego, ciekawego aż nadto, gdyż przy wszystkich czynnościach asystuje, po wszystkich miejscach się wałęsa, a nie jest w stanie oddać się jednemu, gdyż zajęty jest wszystkim, ani też wystarczyć ogółowi, gdyż pochłonęły Go szczegóły”[5].

Fronton był stoikiem, który osobiście wierzył w Opatrzność. Wierzył, że światem, a także ludzkością rządzi boska siła, jednak twierdził, że są to rządy ogólne, nie szczegółowe. Myśl, że Opatrzność mogłaby ogarniać wszystkie poszczególne byty, wydawała się stoikom absurdalna. Sam zdrowy rozsadek podpowiadał tym filozofom, że niewątpliwie przekraczałoby to możliwości samego nawet Boga. Swój antropomorfizm w pojmowaniu boskich możliwości brali za żelazny postulat zdrowego rozumu.

Bardziej szczegółowy, a zarazem bardziej ostry w swoich zarzutach przeciwko biblijnej wierze w Bożą Opatrzność był Celsus z Aleksandrii. Jego zdaniem, wiara ta jest wytworem oszalałej, rozdętej ponad wszelką miarę antropocentrycznej pychy. Dziś prawie już nie pamiętamy, że oburzenie było pierwszą reakcją pogańskich myślicieli na biblijną naukę, że człowieka stworzył sam Bóg Najwyższy i że stworzył nas na swój obraz i podobieństwo – i że wobec tego bycie człowiekiem znaczy bycie kimś obdarzonym niepojętą wręcz godnością.

Łatwo sobie wyobrazić, jak wiara ta musiała denerwować Celsusa, kiedy w roku ok. 178 w następujący sposób ją charakteryzował: „Celsus kpi z Żydów i chrześcijan, porównując jednych i drugich do gromady nietoperzy, do mrówek wypełzających z mrowiska, do żab zebranych wokół bagna, do robaków zgromadzonych w kałuży i spierających się, kto z nich jest największy. Twierdzą: To nam Bóg wszystko odkrywa i przepowiada, to o nas się troszczy i zabiega, lekceważąc świat cały, nie zajmując się ruchem gwiazd i wielką ziemią; to do nas posyła swoich wysłanników, zatroskany o to, byśmy połączyli się z nim na zawsze. Według Celsusa, jesteśmy podobni do robaków, które mówią: Bóg istnieje, my zaś zajmujemy zaraz drugie miejsce po nim. Wszystko jest nam poddane: ziemia, woda, powietrze, gwiazdy; wszystko istnieje dla nas, wszystko jest na nasze usługi. (…) Łatwiej znieść takie głupstwa, gdy rozprawiają o nich robaki i żaby, niż kiedy mówią tak Żydzi i chrześcijanie”[6].

Jeden zarzut powtarza się u obu tych myślicieli: Gdyby Opatrzność rozciągała się na wszystkie poszczególne byty, wówczas Bóg nie byłby w stanie opiekować się całym światem. I Fronton, i Celsus byli dobrze poinformowani, kiedy przypisywali chrześcijanom wiarę w Opatrzność szczegółowo ogarniającą wszystko, co istnieje. Przecież patriarcha Józef przekonywał swych braci, że to „dla waszego ocalenia od śmierci Bóg wysłał mnie tu przed wami” (Rdz 45,5). Zaś w księdze Jonasza czytamy, iż to „Pan Bóg sprawił, że krzew rycynusowy wyrósł nad Jonaszem po to, by cień był nad jego głową i żeby mu ująć jego goryczy. Ale z nastaniem brzasku dnia następnego Bóg zesłał robaczka, aby uszkodził krzew, tak iż usechł”  (Jon 4,6n).

Natomiast Pan Jezus uczył, że Bóg dobrotliwie czuwa nawet nad każdym wróbelkiem i nad każdym włosem na naszych głowach, nad nami zaś czuwa najszczególniej: „Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli” (Mt 10,29-31).

Żeby podkreślić absurdalność takiej wiary, obaj filozofowie stoiccy nie chcieli przyjąć do wiadomości, że Opatrzność, w którą wierzą chrześcijanie, zarazem ogarnia cały świat. „On liczbę gwiazd oznacza, wszystkie je woła po imieniu” – śpiewał Psalmista (Ps 147,4). Natomiast z wspaniałego Psalmu 104 przytoczę jedynie niewielki fragment, związany z naszym tematem: „O Boże mój, Panie, jesteś bardzo wielki! Odziany we wspaniałość i majestat, światłem okryty jak płaszczem. Rozpostarłeś niebo jak namiot, wzniosłeś swe komnaty nad wodami. Za rydwan masz obłoki, przechadzasz się na skrzydłach wiatru. Jako swych posłów używasz wichry, jako sługi – ogień i płomienie. Umocniłeś ziemię w jej podstawach: na wieki wieków się nie zachwieje” (Ps 104,1-4; por. Iz 40,12-15; Jr 10,10-13; Am 4,13; 5,8n, itd.).

Na obronę filozofów pogańskich, krytykujących biblijną naukę o Opatrzności, trzeba jednak powiedzieć, że przedtem musieliby wyjść ponad swoje wyobrażenia o Bogu, ażeby przeciwko tej nauce nie protestować. Nawet ci z nich, którzy byli monoteistami i którym udało się przezwyciężyć panteistyczne rozumienie Boga, nie znali prawdy o stworzeniu. Zatem nie byli w stanie nawet domyślać się, nawet w formie hipotezy, tej prawdy, że wszystko, co istnieje, pochodzi od Boga. Najwięcej, co pogańscy filozofowie mogli powiedzieć o Bogu, to wyobrażać Go sobie jako dostatecznie potężnego, ażeby mógł cały świat poddać swoim ogólnym rządom.

Dopiero objawienie prawdy o stworzeniu jako o całościowym, wszechobejmującym, bez żadnego uprzednio istniejącego tworzywa, uprzyczynowaniu istnienia otworzyło horyzont dla prawdy Opatrzności w biblijnym wyrazu znaczeniu. Tylko Ten bowiem, od którego pochodzi wszystko aż do najdrobniejszego szczegółu, może być Opatrznością, która rozciąga swoje czuwanie nad wszystkim, nawet nad małym wróbelkiem i nad każdym włosem na naszych głowach.

Bóg wobec skandalu zła

W obliczu tak optymistycznej wizji wszechogarniającej opatrzności Boga, który jest Miłością (por. 1 J 4,16), nasuwa się pytanie, skąd się wzięło zło? – pytanie, tym więcej przynaglające do podjęcia go, że już na pierwszej stronie Pisma Świętego aż siedem razy stwierdzono, że wszystko, co stworzył Bóg, było dobre. I pytanie drugie: dlaczego wszechmocny Bóg pozwala złu tak się panoszyć? Przecież mógłby nie dopuścić do żadnego zła! Przecież mógłby przynajmniej tak sprawić, żeby zło – jeżeli nawet ktoś je dla siebie wybiera – nie szkodziło niewinnemu!

Na pytanie, skąd się wzięło zło, wiara chrześcijańska najpierw odpowiada stanowczo, że źródłem zła nie jest Bóg. „Bóg jest światłością, a nie ma w Nim żadnej ciemności” (1 J 1,5). Chrześcijaństwo zdecydowanie sprzeciwia się dualistycznej tezie gnostyków, że – jak to sformułował Czesław Miłosz – „co nie ma cienia, istnieć nie ma siły”.

Źródłem zła jest wolna wola stworzeń rozumnych. To tam swoje źródło mają – jak uczył sam Pan Jezus – „złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota” (Mk 7,21n).  Owszem, mógłby Bóg nie dopuścić do tego, żebyśmy czynili zło. Po prostu mógłby nas nie wzywać do miłości; innymi słowy, mógłby nas nie stwarzać osobami, czyli istotami, z których wnętrza może płynąć miłość, dobrowolnie przez nas wybrana. Skoro jednak uzdolnił nas do wybrania miłości, to tym samym uzdolnił nas do tego, żebyśmy jej nie wybrali.

Co do pytania drugiego: dlaczego wszechmocny Bóg pozwala złu tak się panoszyć? Głęboko odpowiedział na to pytanie święty Augustyn: Nie dlatego Bóg dopuszcza zło, że nie jest wszechmocny albo że nas nie kocha, ale dlatego, że jest tak dosłownie wszechmocny i tak naprawdę nas kocha, iż dopuszczając zło, ma moc – bez ograniczania naszej wolności –wyprowadzić z niego dobro[7].

o. Jacek Salij OP – dominikanin, kapłana katolicki, filozof, teolog, tomista, apologeta, tłumacz, pisarz i publicysta.


[1] Święty Teofil z Antiochii, Do Autolyka, 1, 2, w: Apologeci greccy II wieku, tłum. J. Czuj, Poznań 1935, s. 35 n.; tekst przekładu nieco poprawiony.

[2] Męczeństwo Polikarpa, 8, tłum. Anna Świderkówna, w: Męczennicy, opr. Ewa Wipszycka i Marek Starowieyski, Kraków 1991 s. 194.

[3] Euzebiusz z Cezarei, Historia kościelna,7,11,9; tłum. Arkadiusz Lisiecki, Poznań 1924 s. 320.

[4] Sermo 214,4 (PL 38,1067n).

[5] Minucjusz Feliks, Octavius (10,5), tłum. Jan Sajdak, Poznań 1925 s. 20-21.

[6] Orygenes, Przeciw Celsusowi (4,23), tłum. Stanisław Kalinkowski, wyd. 2 Warszawa 1986 s. 197.

[7] Enchiridion ad Laurentium, 11 (PL 40,236). Zdecydowanie powtarzał tę naukę św. Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, 1 q. 2 a. 3 ad 1, ostatnio zaś Katechizm Kościoła Katolickiego, 311.

fot: www.malygosc.pl

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Kategorie

NOWE