Akcja „N” – zapomniani bohaterowie II wojny światowej…

Genialne dowodzenie

Kilkakrotnie wspominaliśmy o perfekcji językowej oraz doskonałości podrobionych druków, stempli poczty niemieckiej. Jednak było coś jeszcze… Tadeusz Żenczykowski był znany jeszcze przed II wojną światową z błyskotliwego myślenia, ze zdolności przewidywania. Otóż – przez 40 miesięcy trwania Akcji „N” – nie mniej błyskotliwie przewidywał on możliwe niemieckie kontr posunięcia.

Akcja „N” po początkowych ulotkach rozpowszechnianych w Polsce, zaczęła się na dobre w wielkich miastach niemieckich. Potem przyszła kolej na front wschodni i ogólnie całe siły zbrojne III Rzeszy.

Pierwszymi listami do niemieckich odbiorców rozsyłano głównie gazetki. Gestapo zarządziło wprowadzenie w urzędach pocztowych specjalnych wag do listów. Przesyłki cięższe niż norma – miały być przy nadawcy natychmiast otwierane. Ale kapitan „Kania” to przewidział – i gdy wprowadzone wagi weszły do użycia – akurat Polacy zaczęli wysyłać Niemcom same lekkie ulotki!

Podobnie Akcja „N” rozpoczęła się w wielkich miastach przemysłowych III Rzeszy. Gdy Niemcy skierowały do akcji na urzędy pocztowe w wielkich miastach naprawdę znaczące siły SS i policji – kapitan Żenczykowski akurat „przekierował” akcję na miasta mniejsze i średniej wielkości. Pierwszym z nich było München Gladbach – wówczas miasto około 100 tysięczne. W dodatku „Kania” postanowił w tym mieście „przetestować” wersję akcji mającą na celu załamanie morale całości populacji. Swoje druki Akcja „N” skierowała na prawie każdy adres domowy. A podziemna armia (Armia Krajowa) miała w München Gladbach bardzo dobrą komórkę wywiadu. Ta meldowała do Warszawy do Komendy Głównej o pojawieniu się tysięcy ulotek podziemnej organizacji o profilu chadeckim, o następowym zbiorowym minorowym nastroju – jaki ogarnął mieszkańców miasta, przekonaniu, że wojna jest przegrana, spadku tempa produkcji, pojawieniu się zbiorowego lęku przed nadciągającymi strasznymi nalotami aliantów, etc. Doniesienia wywiadu cytowały m.in. jak najbardziej autentyczne rozmowy mieszkańców München Gladbach… Te informacje własnego wywiadu (który oczywiście o Akcji „N” nic nie wiedział) dowódca podziemnej armii, generał Stefan Grot-Rowecki – przekazywał kapitanowi Żenczykowskiemu z dowcipnymi komentarzami, i z gratulacjami!

Rzecz w tym, że informacje placówek wywiadu Armii Krajowej z różnych miast w Niemczech przesyłane do Warszawy, kilkakrotnie przypadkowo przechwycili Niemcy! Meldowanie przez polski wywiad, że pojawiły się niemieckie organizacje opozycyjne – Gestapo przyjęło za gwarancję, za dodatkowe upewnienie, że te organizacje jak najbardziej autentycznie istnieją. Bo przecież Polacy nie meldowaliby o tym własnej centrali, gdyby to sami robili! Oficerom Gestapo nie przyszło do głowy, że mający opcję priorytetu na punkcie bezpieczeństwa kapitan „Kania” zażądał najściślejszego zakonspirowania własnego oddziału – nawet przed innymi jednostkami organizacyjnymi Armii Krajowej! I znowu: trzeba błyskotliwie myśleć, jeżeli walczy się z przeciwnikiem, który tak myśli i działa. Ale jeżeli myśli się, że przeciwnik to „podludzie”… Cóż – potem nie należy się dziwić, że myszka wywija kotem!

Lista genialnych posunięć Tadeusza Żenczykowskiego – jako dowódcy – jest długa. Po sławnej „Instrukcji w sprawie pojenia koni na Froncie Wschodnim”, jedna z podziemnych berlińskich organizacji wojskowych symulowanych przez kapitana „Kanię” wydała gazetkę, w której opisała jako przykład arogancji prowadzącej do zbliżającej się klęski i kolejny przykład „idiotów w dowodzeniu” – właśnie ową instrukcję. Ale zrobiła to z taką znajomością szczegółów, kiedy i do jakich jednostek rozesłano „Instrukcję” – że Gestapo wyciągnęło z tego jeden wniosek: Takie szczegóły mogą znać tylko ci, którzy to sami zrobili! (Co samo w sobie – paradoksalnie – było racją.) Podsłuchy i inwigilację oficerów Dowództwa Armii Rezerwowej w Berlinie wręcz potrojono!

Podobnie zasymulowana przez Tadeusza Żenczykowskiego opozycyjna organizacja w NSDAP pokazywała jako przykład bałaganu i niekompetencji obecnego kierownictwa partii z Hitlerem na czele – właśnie wzywanie na nieistniejące narady wysokich urzędników partii czy odpowiedzialnych za przemysł. Ale skąd mogli wiedzieć, kogo, kiedy i dokąd wezwano? No jasne – skoro sami to zrobili! Wstrętni zdrajcy i dywersanci!!!

Ubocznym efektem w tej konkretnej sprawie był fakt, że nawet w najwyższym kierownictwie NSDAP – parteigenossen zaczęli patrzeć wzajemnie na siebie bardzo podejrzliwie. Bo skąd ci zdrajcy mieli nasz papier nagłówkowy ze znakami wodnymi???

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

NOWE