Akcja „N” – zapomniani bohaterowie II wojny światowej…

Geneza błędu

Aby to zrozumieć, potrzebna jest znajomość pewnych liczb. W połowie roku 1942 Albert Speer, minister przemysłu w rządzie III Rzeszy, zarządził roczną produkcję 5 tysięcy parowych lokomotyw dla pokrycia strat wskutek zużycia i działań wojennych na froncie wschodnim. Te 5 tysięcy to była jedna trzecia posiadanego taboru – i Speer uważał produkcje na tym poziomie za wystarczającą. Czyli w użyciu było 15 tysięcy lokomotyw. Oznacza to, że po terenach Niemiec i okupowanej Europy jeździło codziennie około 10 tysięcy składów pociągów. Oczywiście – nie każdy pociąg miał wagon pocztowy. Ale załóżmy, że 2 tysiące pociągów, zwłaszcza jadących do i z frontu wschodniego – taki wagon miało. Obsługa złożona z Polaków, gdy pociągi te wjeżdżały do Rzeszy – mogła być najwyżej w 50 do 100 z nich. Nadto – z kilkuset paczek z listami, jakie mieszczą się w dużym pocztowym wagonie – paczki z listami zawierającymi gazetki lub ulotki mogło zawierać tylko 10 czy 20 paczek. Oczywiście – wszystkie z nie wzbudzającymi żadnych podejrzeń, jak najbardziej „autentycznymi” stemplami niemieckiej poczty.

Otóż wykrycie czegoś takiego poprzez przypadkowe kontrole – takie były w ramach rutynowych działań niemieckiej poczty i policji – było jak szukanie igły w stogu siana. Kontrole rzecz jasna z zaskoczenia wpadały do wagonów pocztowych, sprawdzały listę towarów (pocztą nadawano nawet meble, rowery, duże drewniane skrzynie z zawartością, czasami cenne precjoza – tzw. paczki wartościowe), sprawdzały ewentualnie zawartość cennych przesyłek (czy nic nie zostało ukradzione), oczywiście liczyły liczbę paczek z listami (czy zgadza się z manifestem przewozowym, czy coś nie zginęło). Wszystko się oczywiście zgadzało, niemiecka poczta słynęła z rzetelności…

Tu trzeba było inaczej myśleć i jakby z góry założyć niebezpieczeństwo na jakie jest narażony główny kanał dystrybucji. Dlaczego funkcjonariusz Gestapo tak nie pomyśleli?

Otóż nazistowskie Gestapo w latach 1933-34 rozbiło całą niemiecką opozycję, a zwłaszcza nierzadko naprawdę dobrze zakonspirowane organizacje komunistyczne. Stanąwszy wobec „opozycyjnych” druków, które na coraz większą skalę zaczęły pojawiać się od wiosny 1941 roku, a których bezbłędna niemczyzna i żargon (regionalny jak i polityczny czy wojskowy), nie budziły najmniejszych wątpliwości co do autentyzmu – oficerowie Gestapo po prostu myśleli, że dawny wróg w jakiś sposób zmobilizował się od nowa. Nijako byli psychologicznie przygotowani na „powtórkę” poprzednich akcji. A nie przyszło im do głowy, że może to robić inteligentny przeciwnik.

Mamy więc zaznaczające się w tej kwestii dwa schematyzmy myślenia. Jeden wynikły z uprzednich doświadczeń – a drugi z niemieckiej pychy. Prawdopodobnie szkolenie nazistowskie sprawiło, że oficerowie Gestapo uwierzyli, że Słowianie to podludzie, rasy niższe – a to implikowało i myślenie, że skoro tak… To z pewnością doskonałej znajomości języka niemieckiego, w tym biurokracji cywilnej i wojskowej, nadto niewiarygodnie sprytnej dywersyjnej akcji – spodziewać się po takich „podludziach” z pewnością nie należy!

Cała reszta, całe umiejętne utrzymanie Niemców do końca w takim myśleniu – to było mistrzowskie i znakomicie przewidujące kierowanie Akcją „N” przez kapitana Tadeusza Żenczykowskiego.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

NOWE