Akcja „N” – zapomniani bohaterowie II wojny światowej…

Działania „specjalne”…

Akcja „N” rozpoczęła się faktycznie w kwietniu 1941 roku. Latem 1943 roku, wskutek bombardowań alianckich, władze III Rzeszy przeniosły do Krakowa zakład drukarski produkujący najbardziej tajne druki niemieckie. I najbardziej zaawansowane technicznie – m.in. ze znakami wodnymi. W tej przewiezionej do Polski fabryce musiano oczywiście zatrudnić jako robotników – Polaków. Drukowane materiały – m.in. papier nagłówkowy Kancelarii III Rzeszy – były oczywiście drukami ścisłego zarachowania. Ale Polacy zawsze potrafili zdobyć ich, czy wydrukować dodatkowo – pewną ilość. Oczywiście – wśród tych robotników prym wiedli żołnierze podziemnej armii…

Fakt takich przenosin oczywiście dodatkowo potwierdza, że niemieckie Gestapo nie miało pojęcia – co się dzieje i drukuje w Polsce. A kapitan Żenczykowski nie przegapił takiej okazji.

Tak zaczęła się najbardziej niezwykła część Akcji „N” – rozsyłanie do różnych niemieckich instytucji fałszywych zarządzeń, instrukcji, wzywania najwyższych dostojników III Rzeszy (zwłaszcza nadzorujących pracę przemysłu) na narady w różnych odległych miejscach, etc.

Wspomnieliśmy wcześniej, że dzień 1 maja 1942 roku na terenie całej okupowanej Polski, kapitan Żenczykowski ogłosił dla zakładów przemysłowych pracujących dla potrzeb wojska – dniem wolnym od pracy! I to „zarządzenie” – z wszystkimi perfekcyjnymi stemplami i nagłówkami Urzędu ds. Pracy z Berlina – jako rzekomo wymagane przez ideologię NSDAP – skrupulatnie wykonano. Gdy Niemcy „skapowali się”, że to sabotaż – było już za późno. 209 wielkich zakładów, w tym m.in. producent czołgów – fabryka „Ursus” – cały dzień nie pracowały!

Ale najbardziej niewiarygodne jest – co kapitan „Kania” wyrabiał z Dowództwem Niemieckiej Armii Rezerwowej. Mieściło się ono – jak wspomnieliśmy – w Berlinie i było odpowiedzialne za szkolenie rekrutów oraz wydawało wiele instrukcji ogólno wojskowych. Dotyczących transportu, przechowywania broni, spraw porządkowych. Otóż te instrukcje dowódca Akcji „N” upodobał sobie w sposób szczególny. Oczywiście – jego podwładni w sposób perfekcyjny podrobili specyficzny żargon niemieckiej biurokracji wojskowej… Przykłady niezwykle skutecznych pomysłów kapitana Żenczykowskiego („Instrukcja w sprawie pojenia koni na Froncie Wschodnim” /Biedne zwierzęta rzeczywiście pojono wodą z dodatkiem m.in. nadmanganianu potasu!/, „Instrukcja w sprawie postępowania z odmrożeniami na Froncie Wschodnim”) – podawaliśmy uprzednio. Podobnie jak iście niesamowite pomysły, by robotników i inżynierów ze stoczni budujących okręty wojenne wzywać do stawienia się do poboru do wojska w jednostkach strzelców alpejskich w Austrii i w Bawarii. /Pożegnali się z rodzinami, wsiedli do pociągów – i pojechali!/

Jeden wszak szczególny pomysł kapitana „Kani” musi być odnotowany. Chodziło tu o działania na terenie okupowanej Polski. Na ziemiach polskich Akcja „N” odniosła szczególnie spektakularny sukces. Niemieccy urzędnicy okupacyjni z roku 1940-ego – butni i całkowicie pewni, że tym razem Niemcy podbiły Polskę już na zawsze, z gorliwością wykonujący najbardziej okrutne zarządzenia – zamienili się w przestraszonych i często demonstracyjnie życzliwych dla Polaków, całkowicie przekonanych, że Niemcy znowu przegrały wojnę. I to już pod koniec 1943 roku! Przyczyniły się do tego walnie periodyki wydawane szczególnie dla nich, wspomniane powyżej. Ale kapitan Żenczykowski wykorzystał i inną niezwykłą okoliczność…

Otóż polskie podziemne państwo musiało zacząć karać za zbrodnie wojenne najbardziej zdegenerowanych okupantów. Jak wspomnieliśmy, w cywilnym podziemnym państwie istniały sądy i podziemna policja. Niemiecki urzędnik czy policjant, wyróżniający się okrucieństwem – dostawał drogą pocztową zawiadomienie, że rozpoczęła się przeciwko niemu rozprawa sądowa o zbrodnie wojenne. Uwaga – to były prawdziwe sądy. Nieobecny oskarżony miał obrońcę – który zawsze pilnował, czy są rzeczywiście dowody winy tej konkretnej osoby. Gdy były – zapadał wyrok śmierci wykonywany przez podziemną policję. Nierzadko w formie zamachu na dobrze pilnowanego wyższego urzędnika. Ale już w połowie 1943 roku Niemcy w Polsce zaczęli się panicznie bać polskiej podziemnej policji…

Jeden jedyny raz żołnierze Akcji „N” podrobili druki własnego podziemnego państwa i jesienią 1943 roku wysłali do tysięcy niemieckich urzędników średniego i niższego szczebla zawiadomienia, że polska podziemna policja i sądy rozpoczęły przeciwko nim postępowanie. Grozi, oczywiście, jedyny możliwy w konspiracji – wyrok śmierci. Sugerowano jednak, że ewentualna zmiana stosunku do Polaków może zostać uznana za akt skruchy i okoliczność łagodzącą… Efekt tej akcji był piorunujący! Jeden z lokalnych komendantów policji niemieckiej tak się przestraszył, że kazał natychmiast zwolnić wszystkich aresztowanych Polaków. A wiarę we własne niemieckie władze owi okupacyjni urzędnicy – co tydzień bombardowani fałszywymi zarządzeniami, rozkazami czy instrukcjami – już wcześniej utracili praktycznie kompletnie! Kapitan „Kania” był tu niezwykle pomysłowy. Z odpowiednim uprzedzeniem wysłał do różnych niemieckich urzędników – na przykład ”instrukcję” w sprawach ewakuacji na wypadek „zbliżania się bolszewików”. Nakazywała ona w pierwszej kolejności dbać o wysokich notabli i ich rodziny, potem o członków SS i Gestapo, a urzędników niższych rang określała jako nie tak ważnych i jako przeznaczonych do ewakuacji w ostatniej kolejności. Nie trzeba wielkiej wyobraźni – jak taka instrukcja wpłynęła na morale ogromnej większości urzędników… Oczywiście wzięto ją za jak najbardziej autentyczną „instrukcję z Berlina”…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

NOWE