Zachęcam do przeczytania kapitalnego tekstu Stanisława Michalkiewicza w pigułce opisującego wiele wydarzeń, które mogliśmy w ostatnich latach obserwować.

Jak wiadomo, państwa dzielą się na dwie kategorie. Kategoria pierwsza, to państwa poważne, a kategoria druga – państwa pozostałe. Państwo poważne charakteryzuje się tym, że potrafi zdefiniować swój interes państwowy, a kiedy już to zrobi – realizuje go bez względu na okoliczności zewnętrzne i wewnętrzne. Przykładem państwa poważnego są Niemcy. Kiedy w drugiej połowie XIX wieku nastał w Niemczech okres intensywnej industrializacji, nazywany również rewolucją przemysłową, bardzo szybko ujawniła się bariera surowcowa. Reakcją na pojawienie się jej było sformułowanie w środowisku niemieckich elit koncepcji gospodarki wielkiego obszaru, która w największym skrócie i uproszczeniu głosiła, że Niemcy powinny kontrolować politycznie obszar kilkakrotnie większy od własnego terytorium państwowego. W roku 1915 ta ogólnikowa siłą rzeczy koncepcja została skonkretyzowana w postaci projektu „Mitteleuropa”, opisującego urządzenie Europy Środkowo-Wschodniej po ostatecznym zwycięstwie niemieckim. Zakładał on zainstalowanie na tym obszarze państw pozornie niepodległych, ale de facto niemieckich protektoratów, o gospodarkach niekonkurencyjnych, tylko peryferyjnych i uzupełniających gospodarkę niemiecką.

W 1918 roku Niemcy przegrały wojnę – a w każdym razie tak się wtedy wydawało – więc na obszarze Europy Środkowej pojawiły się państwa naprawdę niepodległe, które rozpoczęły budowę gospodarek może nie tyle zaraz „konkurencyjnych” wobec niemieckiej, ale przynajmniej niezależnych. Druga wojna światowa i podzielenie Europy żelazną kurtyną przerwało, a w każdym razie głęboko zniekształciło te procesy, ale kiedy w 1990 roku Niemcy odzyskały swobodę ruchów w Europie dzięki podpisanemu 12 września w Moskwie traktatowi 2 plus 4, natychmiast przystąpiły do odtwarzania politycznych warunków realizacji projektu „Mitteleuropa”. Starania te, którym towarzyszyła katastrofa Jugosławii, zostały pomyślnie zakończone 1 maja 2004 roku, kiedy to 9 krajów środkowoeuropejskich zostało przyłączonych do Unii Europejskiej, a więc – do niemieckiej strefy wpływów w Europie, podzielonej niemal dokładnie wzdłuż linii „Ribbentrop-Mołotow” na strefę wpływów niemieckich i rosyjskich. Podział ten jest kamieniem węgielnym strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego, wyznaczającego ramy europejskiej polityki i skutecznie opierającego się „próbom niszczącym” jakim poddawane jest od czasu do czasu przez Stany Zjednoczone. Państwo pozostałe albo nie potrafi zdefiniować swego interesu państwowego i zatacza się od ściany do ściany, w zależności od tego, w która stronę zostanie popchnięte przez państwo poważne, albo nawet potrafi to zrobić, ale bardzo szybko o tym zapomina i zatacza się od ściany do ściany, w zależności od tego… i tak dalej.

Jak zauważyła baronessa Małgorzata Thatcher, Unia Europejska jest narzędziem niemieckiej hegemonii w Europie. Warto tedy przypomnieć, że po II wojnie światowej państwo niemieckie zostało zlikwidowane, Wielka Brytania została przez USA zepchnięta do drugiej kategorii, a Francja tylko przez grzeczność była traktowana jako mocarstwo. Politykę europejską zdominowały Stany Zjednoczone i Związek Sowiecki. W tej sytuacji nie było już powodu do francusko-niemieckiej rywalizacji, więc nastąpiło pojednanie, dające początek dzisiejszej Unii Europejskiej, której politycznym priorytetem jest „europeizacja Europy” to znaczy – cierpliwie i metodyczne eliminowanie wpływu USA na europejską politykę. Jednym z narzędzi tej „europeizacji” jest właśnie strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie.

Wszystko, a w każdym razie wiele przesłanek wskazuje, że Polska należy do państw pozostałych. Przyczyn tego stanu rzeczy nie należy upatrywać w jakiejś organicznej niezdolności narodu polskiego do rządzenia własnym państwem, co raczej w splocie niekorzystnych okoliczności, jakie ukształtowały się pod koniec II wojny światowej. Porozumienia amerykańsko-sowieckie w Teheranie i Jałcie, a także obecność Armii Czerwonej na polskim terytorium sprawiły, że państwo polskie zostało okupowane przez Związek Sowiecki, który administrowanie okupowanym terytorium powierzył swoim agentom. Ci agenci nie kierowali się oczywiście żadnym polskim interesem państwowym, ale tylko i wyłącznie interesem sowieckim. Sytuacja ta uległa pewnej zmianie w trakcie przygotowań do tzw. transformacji ustrojowej, do jakiej doszło w Polsce, podobnie jak w innych krajach Europy Środkowej w następstwie porozumienia amerykańsko-sowieckiego, zapoczątkowanego spotkaniem Michała Gorbaczowa z Ronaldem Reaganem w Genewie w roku 1985. Przedmiotem tego porozumienia było ustanowienie nowego porządku politycznego w Europie, który zastąpiłby podlegający przyspieszonej erozji porządek jałtański. Już po spotkaniu M. Gorbaczowa z R. Reaganem w Reykjaviku w roku 1986 stało się jasne, że istotnym elementem nowego porządku będzie ewakuacja imperium sowieckiego ze Środkowej Europy. Taka perspektywa stawiała dotychczasowych sowieckich agentów w sytuacji wymagającej zasadniczych decyzji. Zorientowawszy się, iż po ewakuacji imperium sowieckiego w Europie Środkowej prędzej czy później nastąpi odwrócenie sojuszy, agenci ci zaczęli przewerbowywać się do prawdopodobnych przyszłych sojuszników, a więc – do USA, do Niemiec i Izraela, żeby w ten sposób zapewnić sobie nie tylko bezpieczeństwo, ale i wpływy polityczne w przyszłości. W rezultacie polityka Polska jest wypadkową wpływów państw dysponujących w naszym nieszczęśliwym kraju agenturą, a to oczywiście nie sprzyja ani sformułowaniu polskiego interesu państwowego, ani – w przypadku gdyby taki interes został sformułowany – konsekwentnego trzymania się go.

Zasadnicze decyzje polityczne, które przesądziły o usytuowaniu Polski, zapadły w zasadzie nad polskim głowami, w następstwie decyzji Stanów Zjednoczonych, które tworząc fakty dokonane w postaci przygotowań do rozszerzenia NATO, storpedowały pomysł „Wspólnego Domu Europa”, który Związek Sowiecki lansował wychodząc naprzeciw koncepcji „europeizacji Europy”. Ponieważ „Wspólny Dom Europa” nie wzbudził entuzjazmu w niektórych państwach Europy Zachodniej, Polska umieściła intencję przystąpienia do NATO na pierwszym miejscu listy swoich priorytetów politycznych. Jedną z konsekwencji tej decyzji było jednak wystawienie naszego kraju na łup zachłanności żydowskich organizacji przemysłu holokaustu oraz Izraela, które wykorzystały posiadane wpływy polityczne w USA do wywierania przez władze tego mocarstwa na Polskę nieustannego nacisku w kierunku spełnienia żydowskich roszczeń. W zależności od tego, czy USA prowadzą aktywną politykę w Europie Środkowo-Wschodniej, czy nie – Polska przez amerykańską administrację bywa traktowana niekiedy wyłącznie jako skarbonka dla żydowskiego przemysłu holokaustu. Przyłączenie Polski do Unii Europejskiej nastąpiło w rezultacie wysadzenia przez Niemcy w powietrze próby stworzenia w Europie Środkowej systemu wzajemnego ubezpieczania niepodległości w postaci Heksagonale, no i oczywiście – zaangażowania przewerbowanej i nowo zwerbowanej agentury.

W ramach NATO Polska jest sojusznikiem USA, chociaż nie da się ukryć, że sojusz ten ma wszelkie znamiona sojuszu egzotycznego. Sojusz egzotyczny polega na tym, że jeśli jeden z sojuszników utraci niepodległość, to drugi może tego nawet nie zauważyć. Polska nie może tej egzotyki wyeliminować, natomiast sądzę, że mogłaby trochę ją zmniejszać – oczywiście gdyby polityką naszego nieszczęśliwego kraju nie kierowali agenci. Zmniejszanie to powinno polegać po pierwsze – na dostosowywaniu polskiego interesu państwowego do interesu amerykańskiego – bo w przeciwnym razie o żadnej realizacji interesu nie będzie mowy, a po drugie – na takim formułowaniu polskiego interesu, by można było realizować go z góry – bo z uwagi na zmienność, żeby nie powiedzieć – kapryśność amerykańskiej polityki, realizacji wynagrodzenia z dołu można się nie doczekać.

Oto przykład: Polska na prośbę USA o polityczną przysługę, wzięła udział w operacji w Iraku. Prośbę amerykańską powinna moim zdaniem spełnić, ale od razu poprosić o przysługę wzajemną, a właściwie dwie: po pierwsze – o zgodę na militarną konwersję polskiego zadłużenia zagranicznego i po drugie – o cichą obietnicę, że rząd USA nie będzie naciskał na Polskę w sprawie realizacji żydowskich roszczeń majątkowych. Niestety prezydent Kwaśniewski, o ile mi wiadomo, nic w tej sprawie nie uczynił, ponieważ najwyraźniej spodziewał się, że jeśli będzie się podlizywał prezydentowi Bushowi, to ten z wdzięczności wystruga go na pierwszego sekretarza ONZ, a w ostateczności – na pierwszego sekretarza NATO. W rezultacie, kiedy minister Klich wycofał nasze niezwyciężone wojsko z Iraku, niepodobna było odpowiedzieć na pytanie, czy wygraliśmy tę wojnę, czy też Polską ją przegrała.

Innym przykładem jest postępowanie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, którego dzisiaj klakierzy kreują na jakiegoś płomiennego lidera Europy, bo najwyraźniej rola ofiary zamachu już się wszystkim powoli przejada. Wprawdzie po 11 września 2001 roku USA proklamowały świętą wojnę z terroryzmem, w następstwie czego porzuciły rysującą się wcześniej politykę okrążania „Festung Europa”, w której Polska mogłaby wziąć korzystny udział, ale pozostawiły resztkę aktywnej polityki w postaci wzniecania zarzewia konfliktu między Niemcami i Rosją w Europie Środkowo-Wschodniej. Celem tej polityki było doprowadzenie do konfliktu między strategicznymi partnerami, bo w przypadku, gdyby taki konflikt rzeczywiście rozgorzał, Niemcy musiałyby prosić USA o przyjaźń, odstępując tym samym od linii „europeizacji Europy”. Do tego celu USA potrzebowały dywersantów i trzech się zgłosiło: Gruzja, Polska i Ukraina, przerobiona na amerykańskiego dywersanta w następstwie „pomarańczowej rewolucji”. Te – jak to po pewnym czasie nazwał główny cadyk III Rzeczypospolitej Aleksander Smolar – „postjagiellońskie mrzonki” nie były sprzeczne z polskim interesem państwowym – ale błędem prezydenta Kaczyńskiego było to, że podjął się pełnienia roli amerykańskiego dywersanta w Europie Środkowo-Wschodniej za darmo. Toteż kiedy na skutek zabiegów izraelskiego prezydenta Peresa, który 18 sierpnia 2009 roku w Soczi obiecał był prezydentowi Miedwiediewowi, że „namówi” prezydenta Obamę do wycofania elementów tarczy antyrakietowej ze środkowej Europy, prezydent Obama 17 września 2009 roku nie tylko tarczę zwinął, ale i zadeklarował „reset” w stosunkach z Rosją to znaczy – wycofanie się USA z aktywnej polityki w tej części Europy, prezydent Kaczyński został ze swoimi „postjagiellońskimi mrzonkami” wysadzony w powietrze i 10 października 2009 roku ratyfikował traktat lizboński.

W ramach sławnego „resetu” doszło do proklamowania na szczycie NATO 19 listopada 2010 roku w Lizbonie „strategicznego partnerstwa” NATO-Rosja, które oczywiście stawiały Polskę wobec konieczności akomodowania się do tego partnerstwa – co w następstwie zapoczątkowanej z inicjatywy Rosji „dyplomacji ikonowej” doprowadziło w sierpniu 2012 roku do podpisania na Zamku Królewskim w Warszawie przez Patriarchę Moskwy i Wszechrusi Cyryla i Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski abpa Józefa Michalika deklaracji o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim. Zważywszy, że pojednanie jest aktem dwustronnym, to znaczy, że nie wystarczy, że Polacy pojednają się z Rosjanami – cokolwiek by to miało znaczyć – bo jeszcze Rosjanie muszą pojednać się z Polakami – a nie trzeba specjalnie znać Rosjan, by wiedzieć, że „pojednają się” – cokolwiek by to miało znaczyć – na własnych warunkach, a konkretnie na jednym – by Polska przyjęła do wiadomości status „bliskiej zagranicy”.

Lecz tymczasem na mieście inne były już treście” – bo pod koniec 2010 roku w Afryce Północnej rozpoczęły się „jaśminowe rewolucje”, poczynając od Tunezji poprzez Libię i Egipt aż do Syrii. Była to próba budowania przez Francję swego kieszonkowego imperium w postaci „Unii Śródziemnomorskiej”, na którą Nasza Złota Pani z Berlina, po dłuższym demonstrowaniu niechęci, wreszcie wyraziła zgodę na szczycie w Deauville w październiku 2010 r. z udziałem Naszej Złotej Pani, francuskiego prezydenta Mikolaja Sarkozy’ego i rosyjskiego prezydenta Dymitra Miedwiediewa. Doprowadziły one do chaosu w krajach Afryki Północnej, między innymi w następstwie włączenia się do akcji USA, którym z pewnością nie odpowiadały próby odtwarzania przez Francję pod pretekstem „Unii Śródziemnomorskiej” swojego imperium kolonialnego. W rezultacie żadna Unia Śródziemnomorska nie powstała, natomiast zagrażająca bezcennemu Izraelowi Libia przestała zagrażać komukolwiek poza sobą samą, zaś Egipt pogrążył się z chaosie na skutek rywalizacji Bractwa Muzułmańskiego z tamtejszą armią, która nie chce utracić amerykańskich alimentów w postaci finansowej kroplówki wartości prawie 2 miliardów dolarów rocznie.

Wydawało się, że fala jaśminowej rewolucji zmiecie również syryjskiego tyrana, ale tu „bezbronni cywile”, uzbrojeni i finansowani przede wszystkim przez Arabię Saudyjską z błogosławieństwem USA, natrafili na opór, wspierany przez Rosję. I kiedy prezydent Obama wyznaczył warunki brzegowe dla ewentualnej interwencji w Syrii w postaci użycia broni chemicznej i kiedy ktoś – nie wiadomo, czy tyran, czy „bezbronni cywile” użyli sarinu przeciwko prawdziwym cywilom, europejscy sojusznicy USA odmówili udziału w jakiejkolwiek interwencji na rzecz syryjskich „bezbronnych cywilów” – co świat uznał nie tylko za sukces Rosji, ale również – za upokorzenie prezydenta Obamy. Ten, najwyraźniej urażony w ambicji, postanowił zrewidować „reset” w stosunkach z Rosją i zaraz okazało się, że Ukrainą też rządzi tyran, przeciwko któremu zbuntował się tamtejszy naród, zgromadziwszy się na Majdanie.

Ubocznym skutkiem cofnięcia „resetu” była pośpieszna mobilizacja amerykańskiej i izraelskiej agentury w naszym nieszczęśliwym kraju. Okazało się, że rozmach tej mobilizacji podziałał nie tylko na „pożytecznych idiotów”, którzy zaczęli przytupywać, podskakiwać, wygrażać Putinowi, słowem – kierować polityką europejską, a nawet światową i oskarżać każdego, kto nie dość skwapliwie, albo nawet wcale nie chciał przytupywać, podskakiwać i wygrażać – czyniąc sobie z tego namiastkę politycznego programu na najbliższe i dalsze wybory – ale nawet na uczestników Stronnictwa Pruskiego, którzy poczuli się zmuszeni do współzawodnictwa na tym polu z agenturą amerykańską i pożytecznymi idiotami. Tymczasem w chwili, gdy to piszę, odbyła się konferencja prasowa po paryskim spotkaniu sekretarza stanu Kerry’ego z ministrem Ławrowem, z której wynika, rozwój sytuacji na Ukrainie będzie następstwem kompromisu między obydwoma państwami, który będzie musiał się spodobać nie tylko Stronnictwu Ruskiemu, nie tylko Stronnictwu Pruskiemu, ale również – Stronnictwu Amerykańsko-Izraelskiemu, które w naszym nieszczęśliwym kraju politykują w imieniu swoich mocodawców.

Stanisław Michalkiewicz

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here